Duszo moja, czekaj w ciszy na samego Boga, bo od niego pochodzi moja nadzieja. On sam jest moją skałą i moim zbawieniem, moją twierdzą — nie zachwieję się.
Psalm 62,6–7
Hala przylotów
W hali przylotów nikt niczego nie robi. Ludzie stoją, oczy wbite w rozsuwane drzwi, kawa stygnie im w dłoniach. Według każdej miary produktywności to czas stracony. Ale nikt tam nie nazwałby go pustym. To czekanie ma po drugiej stronie twarz.
Taka jest cisza w Psalmie 62. Autor nie opróżnia głowy ani nie goni za spokojem. Jego cisza dokądś wskazuje. Ma adres. Milknie tak, jak milknie się przy tych drzwiach — bo mówienie mijałoby się z celem i bo ktoś ma przyjść.
Większość z nas traktuje ciszę jak dziurę w sygnale: słuchawki na spacer, telefon w kolejce, cokolwiek, byle nie szum własnej głowy. Może dlatego, że nasza cisza nie jest zwrócona ku niczemu, a cisza zwrócona ku niczemu przypomina spadanie. Spróbuj więc dziś jednej chwili ciszy, która jest dokądś zwrócona. Nie musisz mieć pewności, że ktoś przez te drzwi przejdzie. Ludzie w hali przylotów też jej nie mają — loty się opóźniają, plany się zmieniają. A jednak stoją. Czekanie to po prostu nadzieja, która stoi w miejscu.
Ku czemu zwrócona jest twoja cisza?
Jeśli ktoś jest po drugiej stronie tej ciszy, jestem gotów czekać.